Pamiętam pierwsze spacery do lasu. Moment, w którym moja uwaga z detali na drzewach spadła na mnie samą. Tak, spadła. Nie planowałam tego i nie starałam się o to. Zaczęłam w lesie widzieć więcej siebie. A gdy poszłam z dziećmi- zaczęłam widzieć więcej nas i tego co się między nami dzieje.

W lesie ilość planów czasami męczy oczy, czasami nie wiem na czym się zatrzymać, bo mimo że pejzaż zdaje się zlewać w jedno, to przecież składa się z olbrzymiej ilości drobnych elementów, a każdy z nich godny uwagi. Każdy ważny. Pachnie inaczej. Słychać inaczej. Jest wszystkiego dużo.

Pamiętam tę chwilę, kiedy podczas pierwszego, a może drugiego, spaceru w lesie poczułam olbrzymią potrzebę zdjęcia butów, był luty, choć bez śniegu, to jednak wilgotno i ledwo na plusie. Nie pozwoliłabym sobie na coś takiego nigdy wcześniej. Ta potrzeba była jednak tak mocna, że dosyć szybko wyłączyłam swój rozum, który straszył mnie, że nie wypada (sic!), że się w lutym nie chodzi boso po lesie, że przeziębienie murowane, i na pewno się coś wbije. Przestałam słuchać, zdjęłam buty. Stałam i byłam. Sama ze sobą. I sama z lasem.

To jedno z najmocniejszych doświadczeń ostatnich miesięcy. Wiele innych moich myśli i działań miało początek w tej chwili. A wracając zapragnęłam, aby moje dzieci też ze mną w tym uczestniczyły. I tak zaczęliśmy systematycznie odwiedzać las.

Nie umiałam od razu określić, dlaczego tak bardzo lubię te nasze wyprawy. Po prostu było mi tam z nimi dobrze. Ale świadomość i słowa przyszły z czasem i dziś wiem jak o tym pisać.

W lesie nic nam nie przeszkadza. Tak bardzo odróżniamy się od tego co dookoła. Jak na dłoni dostrzegam każdy ruch i to, co ten ruch powoduje. O wiele intensywniej słychać każde nasze słowo, które ma siłę tworzenia lub niszczenia. Jesteśmy tylko my. Ja jestem całą sobą dla nich i skupiona tylko na nich. Mam równowagę i cierpliwość. Widzę rzeczy, których nigdy wcześniej nie dostrzegałam. Widzę Naturę, z której mogę czerpać, jeśli tylko się na Nią otworzę. Czuję, że jestem częścią wielkiej całości, powiązań, zależności. Widzę, że to co się między nami dzieje jest dobre, że oni są dobrzy, że ja jestem dobra. Dobre nie znaczy perfekcyjne, znaczy prawdziwe i najlepsze jakie w tym momencie może być. Znaczy optymalne.

Dlatego łatwiej w lesie przychodzi mi zaakceptować wszystko takim, jakie jest. Dzięki temu nie mam w sobie napięć. Bez napięć mam w sobie spokój. A jeśli mam spokój to jestem łagodna i szczęśliwa.

Chciałabym umieć patrzeć z tej leśnej perspektywy, bez względu na to, gdzie jestem i w którą stronę patrzę. Czuć się zawsze tak, jak w lesie. Jeśli nie zawsze, to chociaż czasami…

Nie jest to łatwe.

Uczę się.

 

fot. Barbara Zamożniewicz/ wielkizachwyt.pl

Zapisz

Skomentuj wpis

Zapisz się na newsletter

Please wait...

Dziękujemy za zapis do newslettera!

Wielki Zachwyt © 2024. Wszystkie prawa zastrzeżone. Wykonanie: ArkonDesign.

Sklep Bestsellery Ukryj panel