Mama dzikich dzieci

z 16 komentarzy

Mam ich dwóch, to drugie bardziej dzikie. Myślę, że gdybym miała więcej, to każdy kolejny byłby dziki coraz bardziej 🙂  Wolny. Decydujący o sobie. Nie poddający się normom, które mu nie służą. Łatwo wyrażający swoje uczucia. Potrafiący zadbać o siebie i swoje potrzeby. Marzący. Silnie związany z Naturą. Tak rozumiem bycie dzikim dzieckiem.

Czasami idę między inne mamy i zastanawiam się, co o nas mogą myśleć. Bo mam pełną świadomość tego, że w niektórych kwestiach zupełnie się różnimy. Mieszkamy na wsi, dom i podwórko naszym królestwem. Sąsiedzi nadają na podobnych falach, dziadkowie to już zupełnie (tak brudnych dzieci jak po pobycie u babci nigdy nie widuję 🙂 ). Ale kiedy już się zmieszamy z innymi

„Ale masz luzackie podejście do macierzyństwa”

Ha! Zupełnie przeciwnie. Jeszcze zanim pojawił się pierwszy syn zaczęłam szukać różnych możliwości, by nauczyć się bycia mamą. Książki, artykuły, głębokie rozmowy z doświadczonymi mamami. Szybko zrozumiałam, że bycie mamą nie jest o karmieniu i kąpaniu dziecka. Pierwszą książką jaką miałam w rękach była podarowana mi przez starszą o 10 lat siostrę publikacja z lat 80, która zachwalała surową dyscyplinę w wychowywaniu dzieci. Przeczytałam, choć z wielkim dystansem. To nie było moje. Szybko znalazłam Agnieszkę Stein, której „Dziecko z bliska” stało się dla mnie prawdziwym drogowskazem. Podobnie pokochałam Jaspera Juula. Do dziś przeczytałam kilkadziesiąt różnych artykułów, kilka książek, wysłuchałam wiele webinarów, obejrzałam wiele filmów. Brałam udział w warsztatach i spotkaniach rozwojowych dla kobiet i mam.

Szukam. Próbuję. Popełniam błędy, które opłakuję a potem staram się naprawić. Żyję w przekonaniu, że towarzysząc tak cudownym dwóm istotom, które rozwijają się każdego dnia – ja tez muszę się rozwijać, by dotrzymać im kroku. Każdy przełomowy moment w ich życiu, był przełomowy dla mnie. Pamiętam dzień, kiedy przestałam ich karmić piersią. Gdy zaczęli chodzić. Gdy zaczęli mówić. Gdy pierwszy raz przekroczyli próg szkoły i przedszkola. W każdym z tych dni czułam, że staję się na nowo – nową potrzebną im mamą.

I nie, to nie jest luzackie podejście.

 

3

 

„Jacy oni zaradni! I tacy wyzwoleni!”

 

Droga koleżanko. To na co teraz patrzysz, to efekt całego ich życia. Mojego bycia z nimi. Dawania swobody i obdarzania zaufaniem. Antek porąbie drewno, rozpali ognisko, ukroi sobie rano chleb na śniadanie i zrobi herbatę. Będzie wspinał się na drzewo wyżej niż sama bym weszła. Michałek biega boso całymi dniami. Wczoraj przyniósł w stopie drzazgę. Dwa dni temu rozwalił pazur o kamień. Ale butów ubrać nie chce. Nie ubieram.

Swoboda ~ zaufanie do dziecka ~ moja odpowiedzialność. Żonglowanie nimi i łapanie balansu kosztuje mnie olbrzymią ilość uwagi i energii. I, jak dla mnie, jest najtrudniejsze w byciu mamą. By dać swobodę, muszę bardzo dobrze znać ich możliwości, wiedzieć co dziś potrafią. Z tyłu głowy zawsze pozostaje strach, że może się stać coś złego. Zaufanie nigdy nie zwalnia mnie z odpowiedzialności.

Codziennie negocjuję ze sobą, czy stawianie granic jest w zgodzie ze swobodą, która przecież jest w moim macierzyństwie jedną z największych wartości? Których granic dzieci potrzebują? Czy można je przesuwać? Na pewno potrzebujemy zasad dotyczących używania smartfona – okazuje się, że w najbliższej okolicy jestem jedyną mamą, która limituje dziecku granie. Jednocześnie jestem jedyną, która ma w sobie zgodę, by dzieci rozpaliły zimą w kominku.

 

„Tak mówisz o tej wolności, a wysyłasz ich do szkoły?!”

To była jedna z najtrudniejszych decyzji względem moich dzikich dzieci. Okupiona tygodniami rozmyślania, wahań, a nawet frustracji. Szkoła zaprzecza wielu wartościom i zasadom jakie panują w naszej rodzinie. Zdecydowałam jednak iść za sobą, jak zawsze. Zobaczyłam, że na ten moment nie jesteśmy w stanie jako rodzina prowadzić Edukacji Domowej. Synowie bardzo potrzebują towarzystwa innych dzieci i tylko przedszkole i szkoła mogą im to zapewnić. O moich trudach związanych ze szkołą możesz przeczytać tutaj

 

 

1

 

„Nawet dziękuję i proszę nie powiedzą. Zobacz jacy brudni!”

Tego nie usłyszałam od realnego rodzica, ale słyszę często od swojego rodzica wewnętrznego 😉  Tak, chciałabym, aby moje dzieci były grzeczne,  dzieliły się, uważały na ładne ubrania, gdy już je w końcu na sobie mają (to naprawdę nie zdarza się często, ale jeśli już się zdarzy: jak ja bym chciała, żeby wytrzymali w tym całą imprezę!). Wchodząc do sklepu – by powiedzieli z uśmiechem „Dzień dobry!” I „Dziękuję” częściej. Przecież ja to wszystko robię, cały czas robię… a oni nic. Jeszcze nie.
„Jeszcze nie” to ulubione stwierdzenie mamy dzikich dzieci 🙂

Ciągle przełamuję swoje macierzyńskie granice dotyczące dbania o to, jak wyglądają moi chłopcy. Jak wtedy, gdy poszliśmy do sklepu na zakupy boso i z zupełnie brudnymi stopami. Albo kiedy ubieram je w ciuchy marki #nieszkoda (z second handu, kompletnie nam nie jest ich szkoda – nie znasz? polecam na każdą porę roku). Albo gdy odkurzyłam z piasku włosy Michała zamiast go wykąpać. Wtedy włącza mi się wewnętrzny rodzic. Muszę długo z nim czasami porozmawiać, by przekazać, że przecież właśnie w takich chwilach jesteśmy najszczęśliwsi i naprawdę nie jest istotne, że ktoś widzi ich w brudnych spodniach 🙂

 

 

„Czy Ty nie za dużo byś chciała?”

A w tym wszystkim ja: mama dzikich dzieci. Rozwijam swoje pasje i marzę, dużo marzę! I wiesz co? Nie we wszystkich marzeniach jest moja rodzina. W marzeniu o zorzy polarnej jestem z mężem i dziećmi, ale po Karpatach chodzę już bez nich.

Lubię moją pracę i poświęcam jej sporo czasu i energii.

Kocham Wielki Zachwyt, mimo że często odciąga mnie od rodziny i odpoczynku. Wielki Zachwyt pozwala mi zatrzymać się i zobaczyć, co w moim życiu jest najważniejsze. Pomaga mi zdać sobie sprawę, czego chciałabym jeszcze więcej – miłości, bliskości, wolności, szaleństwa, Przyrody i robienia dobra. 

W naturze dzikiej matki jest chcieć tego więcej.

 

6a

16 Responses

  1. Patrycja
    | Odpowiedz

    Wow, pięknie jak zwykle Basiu!;) I tak jak Twoje dzieci są coraz dziksze, tak coraz cudowniejsze są Twoje teksty!!!;) I dają do myślenia- dzięki;*

    • Wielki Zachwyt
      | Odpowiedz

      Serio? Dziękuję Patrycja 🙂 Serdecznie dziękuję :* Wszystkiego dobrego z okazji Dnia Matki 🙂

  2. Aneta
    | Odpowiedz

    ahhh pięknie <3 dajesz odwagę byb też mogła być odważna, by nie tłamsić dzikości mojego syna, bo to ją w nim kocham najmocniej.

    • Wielki Zachwyt
      | Odpowiedz

      Aneta 🙂 🙂 Dziękuję. Z tym poskramianiem dzikości jest trudno- dziś odebrałam syna od dziadków kompletnie brudnego i skłóconego z rodziną, bo nie chciał nic zrobić z tych rzeczy, o które go prosili. Trudne to. ALe pozostaje zaufać, że jego droga jest najlepszą dla niego i na siłę nic nie możemy zrobić. A może po prostu miał taki dzień 🙂

  3. Paulina
    | Odpowiedz

    Piękne! Zachwycam się za każdym razem 🙂

    • Wielki Zachwyt
      | Odpowiedz

      Dziękuję serdecznie. Życie w ciągłym zachwycie to mój cel 😉

  4. Daria
    | Odpowiedz

    Napisałaś, to świetnie! Jako młoda mama, która sama ma dzikie podejście – dziękuję Ci! Odnalazłam w Twoim tekście siebie i potwierdzenie tego, że warto iść tą drogą <3

    • Wielki Zachwyt
      | Odpowiedz

      Daria, dziękuję 🙂 To dla mnie dobra droga, cieszę się, że i dla Ciebie. 🙂

  5. Magda m
    | Odpowiedz

    Wzruszylas.mnie . my chyba ze wsi , czy mieszkający na wsi mamy łatwiej i więcej natury jej bliskości, a fajnie że nie tylko moje dzieci chodzą jak chcą brudne czy boso czy mają piasek w głowie niezły patent ten odkurzacz, szacun Basiu

    • Wielki Zachwyt
      | Odpowiedz

      🙂 Brud jest wpisany w dzikość 😉 Trzeba sobie radzić.

    • Anna
      | Odpowiedz

      Ciekawe czy z brokatem też by sobie odkurzacz poradził ;). Prowadziłam niedawno warsztaty w przedszkolu moich chłopaków i przez kilka dni chodzili potem z brokatem we włosach. Nie chcieli zmyć to nie myśliśmy.
      Prawda, że będąc blisko natury jest trochę łatwiej, choć różnie też można trafić. Gdy przyjeżdżamy do moich rodziców na wieś tylko moje dzieci bawią się nad rzeką i chodzą do lasu. Dzieci z miasta.
      W mieście mamy swoje miejsca i ludzi myślących podobnie, więc też się da.

  6. Anna
    | Odpowiedz

    Chyba mam takie „dzikie dzieci”.Od małego wychowane w lesie, bo mamy go pod nosem. Najpierw w wózku je woziłam po tych naszych kniejach, a potem one koło mnie, na swoich nóżkach. I jakoś tak wrosły w ten las, a proces ten przebiegał całkiem naturalnie. Po tych kilku latach mogę stwierdzić, że zaczęły w którymś momencie czerpać radość z drobnych rzeczy,a wyobraźnia potrafi stworzyć niesamowite historie. Moje dzieci są „insze” od rówieśników, bo zaczynają szukać rozwiązań poza utartym schematem, zawsze jest jakieś wyjście, bo wędrując przez las, zawsze jest inaczej. I to co poznały zmysłami, to zostaje w głowie.

    • Wielki Zachwyt
      | Odpowiedz

      Ania, też to widzę w moich dzieciach. I podobnie jak Ty, jestem przekonana, że to dlatego, że więcej są w przyrodzie niż w jakiejś łato przewidywalnej strukturze stworzonej przez ludzi. Michał – młodszy- jest w opinii niektórych ‚niegrzeczny’, ‚nieułożony’, ‚rozrabiaka’. Nie lubię tych łatek. Chodzi własnymi drogami, widzi inaczej, myśli inaczej – jest wolny. A jego pomysły – tak jak piszesz- czasami rozkładają nas na łopatki. Dbam, byśmy tego w nim nie zniszczyli.
      Pozdrawiam Cię serdecznie i życzę dużo radości z okazji Dnia Mamy 🙂

  7. AS
    | Odpowiedz

    Moje dzieci też są dość dzikie, choć nieco bliżej miasta. Wiecznie jakieś nowe strupy, na okrągło brudne sandały (jesli były w ogóle zalozone) i ciągła zabawa w błocie na jeszcze-nie-zrobionym ogrodzie.

    Kiedy w odwiedziny przychodzą inne dzieci, to ostrzegam, że będzie błoto. Ostatnio jedna mama dała na przebranie dwa komplety ubrań – i dobrze, bo jej syn pojechał do domu w trzecim, i tak brudnym 😂

  8. Sandra
    | Odpowiedz

    Najgorsze są chwile dla mnie gdy idę na plac zabaw – ten miejski z plastiku i metalu. Siedzę na kocu, rozmawiam z przyjaciółmi. Wyglądamy elegancko – wracamy z kościoła. Widzę mamę ubraną w koszulkę w panterkę. Co chwilę coś mruczy do swojego męża. Czuje, że mruczy o mnie. Gdy młodszy jeszcze nie zdążył upaść kobieta już go łapie. Młodemu spodobało się upadanie z karuzeli, więc powtarza to jeszcze z 5 razy. Ja nadal siedzę na kocu. „Nikt tego dziecka nie pilnuje” już słyszę głośniej. Rozstajemy się. Postanawiamy iść jeszcze na małpi gaj. Ja wchodzę tam z dziećmi z ciekawości (3 i 5 lat) co kryje się w środku małpiego gaju. Znajoma mi mama też tam jest. Z innego powodu. Zła na 8/9 letniego syna, że nie poradził sobie w parku linowym i musiała po niego pójść a mój 3 latek przebiegł trasę bez trzymanki. Dopiero w tedy po raz pierwszy uśmiechnęła się do mnie i chyba już wiedziała, że nie z lenistwa leżałam na kocu i rozmawiałam z przyjaciółmi.

  9. Martyna
    | Odpowiedz

    Piękny i ważny tekst! 💗 od siebie dodam, że dzikość wychodzi z mojego dziecka kazdego dnia. Ostatnio przeżywam trudne chwile, bo córka (prawie 2 lata) ledwo oczy otworzy już chce na dworek. A chce tak bardzo, że słyszą sąsiedzi dwie klatki dalej. I nacten dworek idziemy, bez butów oczywiście a czasem i bez śniadania. Latwo nie jest, ale po przejściu przez drzwi zaraz spokojnieje i korzysta z dnia na całego. Pozdrawiamy!

Zostaw swój komentarz